Aneta

marzec 11th, 2010

Może tym razem spotkajmy się u mnie w domu – zaproponowała Aneta. Janka nie będzie. Dzieci spróbuję położyć spać wcześniej, to może uda nam się chwilę pogadać. To jak? O dwudziestej? Dobra, o dwudziestej – odparła Dorota.
Jakby co, to pomożesz mi chwilę przy dzieciach. Jasne, oczywiście. Więc jutro – o dwudziestej. Do zobaczenia. W słuchawce rozległ się trzask. Aneta spojrzała w okno, w późną, jesienną noc. Z Dorotą były najlepszymi przyjaciółkami od czasów podwórka. Takie papużki nierozłączki. Razem w jednej ławce w podstawówce, razem w technikum. Potem ich drogi się trochę rozeszły. Dorota wyjechała do miasta na studia. Aneta została tu, na miejscu, w miasteczku. Jej rodziców nie było stać na studia a Janek już od dawna palił się do małżeństwa. Nic dziwnego – starszy był od niej, to i do żeniaczki bardziej mu się spieszyło. Niedługo po maturze Aneta wyszła za mąż. W ciągu pięciu lat urodziła troje dzieci.

Już tyle czasu minęło

marzec 8th, 2010

Tyle już lat minęło od tego czasu – zamyślił się ten stary człowiek. Tyle lat przeszło – jedna wojna, druga, potem komuniści, upadek i budowanie kraju od nowa. A w moim rodzinnym domu był taki duży kominek – drogi panie – zawsze przy nim siadał mój dziadek wieczorami i pogrążony w lekturze mruczał coś do siebie od czasu do czasu. Ten dom – drogi panie – to spłonął doszczętnie w czasie wojny. Tylko czarne kikuty ścian pamiętam jak wystawały z ziemi. A potem wyjechaliśmy z matką do innego miasta. Już od dziecka musiałem pracować. Nie było czasu na nic. Człowiek przychodził wieczorem tak zmęczony, że tylko buty zdejmował i kładł się, by nazajutrz, bladym świtem znów wstać do roboty. I tak przez całe lata – drogi panie – praca, zmęczenie i bieda. Bo w czasie wojny straciliśmy wszystko. Czego jedni nie zabrali, to inni zniszczyli – mój drogi panie – i tak właśnie człowiek został dziadem.

Już go tu nie ma

marzec 8th, 2010

Nie mogę uwierzyć. Nie mogę w to uwierzyć, że już go tu nie ma – łkała kobieta rzewnymi łzami. Nie mogę uwierzyć, że nie usiądzie tu w domu, przy stole, nie zapali papierosa po obiedzie, nie rozłoży gazety. Taki dobry chłop był z niego. Przed ślubem, to mnie nawet do restauracji wziął, do miasta. I na dancing zaprosił. Jezu, jaka ja byłam zakochana. A teraz go nie ma. Już go nie ma. Co ja teraz sama zrobię, bez niego. Chyba się zapłaczę na śmierć. Kobieta oparła głowę na dłoni i płakała. Zostałam sama, samiuteńka jak kołek w płocie. Po domu snuła się smętna cisza. Cienie na ścianach rozmyły się w półmroku. Z kuchni tylko dochodziło miarowe kap, kap – sączyła się woda z nieszczelnego kranu.

Im bliżej końca tym trudniej

marzec 8th, 2010

Im bliżej końca, tym trudniej. Tym kości bardziej bolą i ręce odmawiają posłuszeństwa. Już nie mogę się doczekać kiedy nadejdzie ta godzina i skończę pracę. Chciałbym już wrócić do domu, zapalić ogień w kominku i usiąść wygodnie w fotelu. Chciałbym posłuchać miłego trzasku płonącego drewna. Nasycić się ciszą. A tu jeszcze wiele godzin pracy przede mną. Zimno dziś i lodowaty zawiewa wiatr. Nie można. Nie można myśleć o czasie. O tym, ile jeszcze pozostało do końca dnia. Najlepiej skupić się na pracy. Zająć czymś myśli, byle tylko nie zwracać uwagi na to, że zimno, że deszcz i wiatr. Za chwilę odpoczniemy. Ogrzejemy się przez moment w cieple, napijemy gorącej herbaty. Ale nie teraz. Teraz jeszcze praca. Wciąż praca. Kolejny ruch, który muszę wykonać by nie umrzeć, by się nie stoczyć. By nie dać się śmierci, która stoi tuż za plecami i straszy lodowatym oddechem.

I nic nie mówię

marzec 8th, 2010

Jestem w tym ośrodku już dwa lata. Czasem jest ciężko, czasem lżej ale ogólnie tęsknię za bliskimi. Na razie nie ma szans, żebym mieszkał z nimi. Tutaj w gruncie rzeczy jest dobrze. Mieszkają tu ze mną osoby o podobnych lub takich samych problemach jak ja. Wychowawcy, lekarze i pielęgniarki są w porządku. Mamy świetlicę gdzie możemy się spotykać, rozmawiać. Jest sala telewizyjna z kominkiem nawet. Czasem rozpalamy ogień w kominku. Jest wtedy tak miło, przytulnie i prawie jak w domu. Telewizor cicho gada. Ktoś ogląda film. Ktoś inny dorzuca suche drewno do kominka. Siedzimy spokojnie, przytuleni do ścian i poręczy krzeseł. Za oknem wiatr rozgania zaspy śniegu. I tak jakoś, mimo, że są inni, że ogień w kominku, że telewizja i filmy, siedzę ze zwieszoną głową i coś mnie ściska w gardle i nie płaczę, choć chciałbym bardzo płakać i nic nie mówię, bo cóż powiedzieć?

Gdy odszedł ojciec

marzec 8th, 2010

Gdy odszedł ojciec nigdy już w domu nie było tak samo i drzwi jakby zatrzasnęły się na wieki i zarosły litą skałą. Taka ciężka cisza snuła się po domu i przygniatał nas smutek przeogromny. Matka cicho szlochała w pokoju, a ojciec wziął parasol, nałożył kapelusz, podniósł walizkę z podłogi i wyszedł. Stałem, patrzyłem za nim jak odchodzi – nic nie rozumiejąc z tego. Tylko gardło mi się ściskało i nie mogłem nic powiedzieć. I bałem się coś powiedzieć, żeby nie zdenerwować tatusia. Odszedł, poszedł, zniknął, zatrzasnął za sobą drzwi i rozpłynął się w smutku i we mgle jak siwy dym papierosów, które moja matka wypalała teraz co wieczór patrząc przed siebie w nieokreśloną dal. Czasem, gdy podchodziłem do niej przytulała mnie i nic nie mówiła tylko płakała, wciąż płakała.

Fabryczka

marzec 8th, 2010

To była mała fabryczka na peryferiach naszego miasta. Robiono w niej kominki. Tak bardzo cieszyłem się, kiedy wreszcie po wielu tygodniach poszukiwań, miesiącach chodzenia, proszenia, dzwonienia, dowiadywania się o pracę, udało mi się zatrudnić. Przyjęto mnie do pracy w tej fabryczce kominków – na początek, jako chłopaka do wszystkiego. Taki „przynieś, wynieś, pozamiataj”. Ale co ta – myślałem- dobre i to. Trochę daleko od domu. Kawał drogi iść trzeba, ale zawsze jakiś grosz wpadnie. Już nie będę musiał żyć na garnuszku rodziców. Kasę będę miał swoją – niedużo, ale zawsze. Do czynszu się dorzucę, jedzenie kupię. I może jeszcze na swoje wydatki coś mi z tego zostanie. Na początek i tak dobrze. Szedłem tak, zamyślony z rękami w kieszeniach rozdeptując świeże kałuże na drodze. Mamo, dostałem pracę – oznajmiłem od progu. Alleluja! Powiedziała mama wznosząc ręce i wzrok ku niebu. A na długo? Na razie na miesiąc, potem się zobaczy.

Dziadek Ludwik

marzec 8th, 2010

Dziadek Ludwik odwiedzał nas w domu czasami. Wpadał tu przy różnych okazjach, samemu mieszkając w pobliskim miasteczku. Przy okazji załatwiania spraw w naszym mieście wpadał do nas na chwilę lub dwie. Dziadku, choć z nami do ogrodu, pograć w piłkę – prosiliśmy dziadka razem z bratem. I wychodził z nami dziadek razem do ogrodu, na tył domu, gdzie było dość miejsca aby pokopać piłkę. Rozwieszaliśmy wtedy dużą siatkę między dwoma drzewami. Mój brat lub ja stawaliśmy na bramce i w charakterystycznej pozie bramkarza staraliśmy się złapać piłkę do rąk albo przynajmniej wykopać gdzieś przed siebie. Oczywiście wszystko przy wtórze naśladowania komentatora sportowego. „ Proszę państwa, proszę państwa… zawodnik wysuwa się na prowadzenie. Będzie gol czy nie będzie…? Dośrodkowanie na pole karne… i gool! Proszę państwa, niestety, nie ma gola!”

Ilona

marzec 8th, 2010

Mamo, to wszystko nie tak – zaczęła Ilona spokojnie kiedy razem z matką usiadły już w domu przy herbacie. „Andrzej musiał wyjechać, ja musiałam zostać. Ci ludzie widzą tą sprawę po swojemu. Każdy z nas ma swoją wersję tego co się stało”. Tego piątkowego wieczora Ilona przyjechała po zajęciach na uczelni do domu rozdygotana i przygnębiona jednocześnie. Czuła jak wszystko wewnątrz niej się trzęsło. Wiedziała, że trudno będzie rodzicom to wszystko wytłumaczyć i przekonać ich, że to nie tak jak myślą. Ojciec kochał Ilonę, ale miał również twarde zasady. Potrafił być oschły i nieustępliwy. Na zewnątrz nic nie okazywał, ale Ilona i tak wiedziała, że wewnątrz cierpi ogromnie. Za to po matce widać było wszystko na pierwszy rzut oka. Skurczyła się, zgarbiła i jakoś tak zszarzała, przygasła. Nieba by córce przychyliła, ale teraz nie wiedziała co zrobić. Ilona siedziała ze spuszczoną głową. Mamo, to nie tak. To wszystko nie tak.

Dobranoc

marzec 8th, 2010

To już późna pora – rzucił do mnie mój mąż gdy po seansie kina nocnego siedzieliśmy jeszcze w salonie przy kominku. Drewno już dogasało. „Późno już. Trzeba się kłaść”. Po czym wstał z fotela i zamykając za sobą drzwi rzucił jeszcze na odchodne „dobranoc”. „Dobranoc” – odparłam bardziej do siebie w duchu niż do niego, bo on i tak by już niczego nie słyszał. Zatrzaskiwał właśnie za sobą drzwi do łazienki i odkręcał wodę pod prysznicem. Zamyśliłam się jakoś dziwnie. Dopiłam łyk nalewki i wyszłam do kuchni gasząc światło w salonie cały czas pogrążona w myślach. Usiadłam przy stole w kuchni, oparłam głowę na dłoni i tak siedziałam dłuższą chwilę. Za oknem hulał wiatr. Śnieg przetaczał się przez zaspy. Płonęły latarnie niebiesko-białym światłem. Gdzieś w oddali szumiał pociąg. A może to wiatr? Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojego męża. A ty co kochanie – spytał – Nie idziesz jeszcze spać? Późno już. Nie, nie – odparłam. Ja jeszcze chwilkę posiedzę.